Ktoś mi kiedyś powiedział, że powinnam bardziej dzielić się swoją wiedzą i opowiadać o moich różnych „przygodach”…
Cały ten zwariowany rok 2018 pracowałam, żeby zrealizować mój cel i w końcu uruchomić bloga. I właśnie dzisiaj przyszedł na to odpowiedni moment. Teksty pisałam przez ostanie pół roku, więc będę sukcesywnie je publikować, a że planów na rok 2019 jest dużo, myślę, że będzie jeszcze więcej ciekawych wpisów.
Ten rok był pełen wyzwań, które zmieniły bardzo dużo w
naszym życiu i czasem trzeba po prostu wszystko zmienić o 180 stopni, żeby
wszystko w życiu się zaczęło układać tak jak powinno.
Nigdy nie jest łatwo jak trzeba przestać robić to co się kocha, a tak właśnie było w naszym przypadku. „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” oraz „Prawdziwy sportowiec bowiem walczy do końca. Nawet, jeśli wie, że dobiegnie na metę ostatni, nie przestaje biec.” I nie chodzi tu wcale o sport, ale o życie.
Między innymi właśnie o tym będzie można przeczytać na moim
blogu.. No to co? Let’s go. Pierwszy wpis o wyjeździe na Tour de
France.
„Gdy doświadczasz w życiu wyzwań i problemów
to pamiętaj, że one nie pojawiły się po to, żeby Cię rzucić na kolana,
zdołować, załamać, ale po to, abyś stała się silniejsza, mądrzejsza i uwierzyła w to, że choćby nie wiem co –
zawsze dasz sobie radę !”
Nasze kolejne podejście do wyjazdu na Tour de Pologne odbyło się w 2018 roku, tym razem zakończone sukcesem. Pierwszy wyjazd na tą imprezę mieliśmy zaplanowany na sierpień 2017, wszystko dopięte, noclegi zamówione, ale nie dość, że jakiś „miły pan” wytyłował w mój samochód jakieś 2 tygodnie przed wyjazdem, to jeszcze Robertowi odwarstwiła się siatkówka w oku pod koniec lipca, więc nawet nie myśleliśmy o tym wyjeździe. Natomiast 2018 roku był idealny na wyjazd, ponieważ mieszkaliśmy już w Szczecinie i łatwiej było logistycznie zorganizować wyjazd.
Podróż samochodem lub pociągiem do Krakowa nie wydawała się zbyt dobrym pomysłem, ze względu na czas. Nie mieliśmy zbyt dużo wolnego a chcieliśmy „zaliczyć” 2 lub 3 etapy. Jako, że uwielbiam planować wszystkie nasze wyprawy, wpadłam na pomysł, że polecimy samolotem. Niestety z Goleniowa rok temu nie było bezpośredniego lotu do Krakowa, ale był do Warszawy. A co najważniejsze wychodziło taniej niż pociąg do Krakowa. Tak więc w piątek po południu polecieliśmy z Goleniowa do Warszawy, żeby następnego dnia rano pojechać pendolino (ok. 2,5h) do Krakowa. Oczywiście wszystkie bilety kupione w promocji, więc wszyło mega tanio. Droga powrotna była zaplanowana podobnie, tylko że pociągiem z Katowic do Warszawy i samolotem do Goleniowa.
Jako, że miał to byś wyjazd niskobudżetowy, każde z nas spakowało się w jeden mały plecak, minimalna ilość ubrań, a kosmetyków jeszcze mniej. Z lotniska w Warszawie poszliśmy spacerkiem najpierw na późny obiad, który okazał się niewypałem, bo pani kelnerka nie podeszła do nas przez jakieś 20 min, więc stwierdziliśmy, że lepiej zjemy w hotelu. Wybraliśmy hotel Sound Garden, https://www.soundgardenhotel.pl/ Robert często tam jeździł załatwiać jakieś pracowe sprawy, poza tym był dość blisko lotniska i blisko przystanku SKM, skąd rano mieliśmy dojechać na Dworzec Zachodni.
Hotel ma bardzo ciekawy wystrój, każde piętro zrobione jest w innym stylu, nam trafił się motyw lasu. Pokoje ciekawe urządzone i w bardzo fajny sposób zagospodarowana jest w nich przestrzeń. Jeżeli zarezerwuje się pokój odpowiednio wcześniej, można liczyć na bardzo fajną cenę. Tak prawdę mówiąc, ja byłam w tym hotelu kiedyś, zupełnie przez przypadek. Byliśmy w 2016 roku w Warszawie, Robert akurat siedział cały dzień w Veloart na bike fittingu a ja się trochę nudziłam. Wtedy napisał do mnie Michał, że tego dnia jest w tym właśnie hotelu konferencja Security Case Study. Nie miałam wejściówki na wykłady, ale można była w holu hotelu spotkać się z wystawcami. Dostałam dla siebie i kolegów z pracy kilka gadżetów od Sekuraka. Oczywiście musiałam wspomnieć, że przecież Michał napisał kiedyś jeden z pierwszych artykułów dla nich, o VPN. Jeżeli dobrze pamiętam był to jakiś konkurs i nawet zajął jedno w czołowych miejsc w konkursie. Dostał możliwość uczestniczenia w szkoleniu i kalendarz, który wisiał u nas w biurze przez cały rok. Tutaj link to tego artykułu https://testowka.sekurak.pl/?p=382 Michał, jeżeli coś pomyliłam to mnie popraw. Ciekawe czy uda nam się kiedyś w końcu dostać kubek Sekuraka 😉 Ale nie o tym miało być, już wtedy ten hotel zrobił na mnie duże wrażenie i wiedziałam, że będę chciała tam kiedyś pojechać.
Rano szybko wstaliśmy i udaliśmy na przystanek SKM, który był dosłownie naprzeciwko hotelu. Bez śniadania, bo przecież to wyjazd niskobudżetowy, więc nie będziemy jeść w hotelu, tylko na dworcu śniadanko w Mc Donaldzie. Pech chciał, że na dworcu Zachodnim Mc Donald nie miał śniadań. Całe szczęście udało nam się kupić jakąś kawę i pyszne bułki z jajkiem, gofry, wodę. Tak zaopatrzeni wsiedliśmy do Pendolino, do wagonu w strefie ciszy. W takim wagonie jest zakaz rozmów i jazdy z dziećmi. Podróż była wspaniała, cisza, spokój, idealne na drzemkę.
W Krakowie mieliśmy się spotkać z Agnieszką i Markiem, którzy pojechali na urlop do Zakopanego i najpierw wpadli do Krakowa też obejrzeć Tour de Pologne www.tourdepologne.pl Jako, że oni poszli od rana zwiedzać miasto, my poszliśmy rozejrzeć się po rynku, gdzie miał odbyć się start wyścigu i prezentacja zawodników. Było bardzo gorąco, na pewno ok. 30 stopni. Oczywiście musieliśmy zaliczyć wszystkie wyścigowe konkursy, tzn. ja musiałam, bo nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. W planach mieliśmy udać się jeszcze gdzieś w miasto, ale postanowiliśmy zostać na rynku, żeby zająć jak najlepsze miejsca na prezentację. Marek załatwił nam dzień wcześniej książkę wyścigu, więc znaliśmy całą logistykę wyścigu, numery zawodników, hotele w jakich będą mieszkać.
Ustawiłam się najpierw na środku rynku pod balonem reklamowym, żeby chociaż troszkę być w cieniu, ale żeby mieć też dobry widok na to co się dzieje pod sceną. Przecież musiałam stać z przodu. Jak ludzie zaczęli się ustawiać pod barierkami, stwierdziłam, że już czas na zmianę miejsca. Ratował mnie kapelusz który dostałam na Tour de Swiss, bo chyba bym dostała udaru słonecznego. Robert za to został w cieniu, chciał ustawić się w dobrym miejscu jak zawodnicy będą startować.
Zrobiłam sporo zdjęć, przywitałam się z Czarkiem (Cesare Benedetti) oraz z Przemkiem Niemcem i Michałem Gołasiem, a nawet udało mi się w tłumie wypatrzyć Anię Szafraniec-Rutkiewicz. W tym zamieszaniu nie zauważyłam, kiedy ruszył wyścig i wszyscy zaczęli się rozchodzić. Znaleźliśmy Agnieszkę i Marka i ruszyliśmy w miasto. Poszliśmy do La Bicicleta, żeby coś zjeść, ale okazało się, że nie robią już obiadów. Skończyło się na piwku i mrożonej kawie, a na obiad poszliśmy na zapiekanki na Plac Nowy. Kiedyś w Krakowie przesiadywaliśmy jedynie na Rynku Głównym, jednak jak kolega pokazał nam Kazimierz, od tamtej pory jesteśmy jego wiernymi fanami. Jak nie ma czasu zjeść to idziemy na zapiekanki i obowiązkowo na lody na Starowiślną – Pracownia Cukiernicza pana Stanisława Sargi, która powstała w 1985 roku. Moje ulubione smaki to kakaowy z bakaliami (rewelacja !!!!!) i borówkowe. Niestety tym razem nie mieliśmy tyle czasu, żeby pójść na lody, czego bardzo żałuję, bo w ten upalny dzień byłby idealnego, chociaż pewnie kolejna też byłaby nie mała. Nie zapomnę jak w któreś wakacje stałam w tej kolejce pół godziny w upale, byle by tylko zjeść lody.
Trzeba było zbierać się pomału na metę, która miała być na Błoniach. Kolarze mieli zrobić tam kilka rund. Udało się nam akurat trafić na zakończenie rywalizacji dzieci. W miasteczku wyścigu coraz mniej atrakcji, ale zrobiliśmy kilka zdjęć. Ustaliliśmy, że znowu się podzielimy, chłopaki zostaną na mecie oglądać końcówkę wyścigu, a ja z Agnieszką pójdziemy na parking, gdzie są autobusy ekip kolarskich. Wiadomo, wtedy można zrobić najlepsze zdjęcia, bo o gadżetach kolarskich nie było mowy.
Jednak kultura kibicowania na wyścigach za granicą jest zupełnie inna niż w Polce. Tam kibicie są spokojniejsi, bardziej kulturalni wobec zawodników, mniej roszczeniowi, no i nie rzucają się na każdy bidon jakby był wytłaczany diamentami.
Udało nam się w końcu trafić na parking ekip, który mieścił się koło stadionu Wisły Kraków. Pierwsze co udałyśmy się do autobusy Bora Hansgrohe a tam przywitał nas Szymon z Fan Clubu Bora Hansgrohe Poland i przekazał informację, że Pascal Ackermann z Bory wygrał etap. Dostałyśmy czapeczki Bory dla nas i dla chłopaków, ale nie zapomnę jednego pana… to waśnie miałam na myśli, pisząc, że polscy kibice są …. specyficzni. Pan podszedł do autobusu i zapytał się czy dostanie bidon (wiadomo, że nie ma bidonów po wyścigu w autobusie, szczególnie, że zawodnicy jeszcze nie przyjechali do autobusów), bidonu nie było, ale Pan dostał czapeczkę i strasznie się oburzył, po co mu taka czapeczka, co on z nią będzie robił, on chce bidon !!! Nosz cholera, chcesz to sobie kup. Kolejna dziwna sytuacja była na starcie. Podjechał do mnie Przemek Niemiec się przywitać, podpisać zdjęcie, a ludzie z tłumu się pytają kto to jest. Szok, no szok. Można nie być jakimś wielkim fanem, ale naprawdę, polskich kolarzy jeżdżących za granicą nie mamy jakoś dużo, więc chyba jak już ktoś wybiera się na taki wyścig, powinien mieć jakaś minimalną wiedzą… no sama nie wiem, może za dużo wymagam.
W każdym razie, po chwili przyjechał Czarek, pogadaliśmy jeszcze trochę, zrobiliśmy zdjęcia i umówiliśmy się kolejny dzień w Katowicach. Czarek a właściwie Cesare, pochodzi z Włoch i jest Włochem, ale mieszka w Gliwicach gdzie ma żonę i córkę, świetnie mówi po polsku, ma wiele fanów w Polsce i jest najsympatyczniejszym kolarzem w całym peletonie.
Udało mi się robić również moje upragnione zdjęcie z Andre Greipelem, Fabio Aru i Łukaszem Wiśniowskim. Zmęczeni ale bardzo szczęśliwi poszliśmy zjeść belgijskie frytki pod stadionem Cracovii. Później Marek z Agnieszką pojechali do swojego hotelu, a my poszliśmy spacerkiem do swojego. Oni zostawali jeszcze jeden dzień w Krakowie, żeby ruszyć dalej do Zakopanego. My natomiast mieliśmy w planach rano jechać do Katowic na kolejny etap Tour de Pologne.
Tym razem wybraliśmy hotel Ibis Budget przy samym dworcu PKP. Hotel nie ma jakiś wielkich luksusów, ale jest idealny na niskobudżetowy wypad. Jak odpowiednio wcześniej się zarezerwuje pokój to można za noc zapłacić 39 zł za 2 osoby, oczywiście bez śniadania.
Rano wpadliśmy na szybkie śniadanie do Green Caffe Nero https://greencaffenero.pl Pierwszy raz jadłam tam coś jak byłam u siostry w Londynie i bardzo żałuję, że nie ma takiego miejsca w Szczecinie. Kawka pyszna, a mnie urzekła kanapka z kiszonymi warzywami. Po prostu moja bajka w 100%. Po śniadaniu szybkie przejście na dworzec PKS, bo z Krakowa do Katowic najbardziej się opłaca jechać właśnie PKS. Niecała godzinka w klimatyzowanym autobusie i byliśmy już na dworcu PKS w Katowicach. A przy samym dworcu hotel miała Bora Hansgrohe. Poszliśmy się szybko przywitać z chłopakami, pooglądaliśmy sprzęt i udaliśmy się na dworzec PKP, ponieważ tego dnia start miał być z Tarnowskich Gór a zakończenie w Katowicach.
Wszystko miałam logistycznie dopracowane, pojedziemy pociągiem na start do Tarnowskich Gór a jak kolarze wystartują wrócimy szybko na pociąg do Katowic, bo umówiliśmy się z Fan Clubem Borahansgrohe na wiadukcie. Co prawda nie wiedziałam jeszcze gdzie ten wiadukt, ale przecież ja z moją orientacją w terenie na pewno szybko znajdę.
Pociąg trafił nam się fajny, nowoczesny. Łatwo trafiliśmy na miejsce startu i czekaliśmy sobie, bo akurat pomału zaczęły się zjeżdżać autobusy ekip. Zainteresowanie ze strony miejscowych było ogromne. Udało się porozmawiać z Przemkiem Niemcem, od którego dostałam bidony do Roberta do nowego roweru. Zrobiłam zdjęcie z Markiem Rutkiewiczem i dostałam piękny żółty bidon Lotto Jumbo od Mister Polska.
Kolarze wystartowali a my zaczęliśmy iść w stronę dworca. Peleton miał zrobić rundkę po mieście i pojechać na właściwą trasę. Jakie było wszystkich zdziwienie kiedy pojechali na tzw. drugą pętlę. Dopiero w pociągu się dowiedzieliśmy, że ktoś z prowadzących wyścig pomylił trasę i trasa będzie skrócona. Bałam się, że nie zdążymy wrócić do Katowic. W drodze powrotnej pociąg był najgorszy z możliwych, z plastikowymi siedzeniami, które strasznie się w tym gorącu nagrzewały, o pójściu do WC nie było mowy, bo strach.
Robert na bieżąco śledził, gdzie znajduje się peleton i była szansa, że jednak zdążymy na styk. Z dworca prawie biegiem udaliśmy na wiadukt, który całe szczęście był blisko. A na wiadukcie regularna impreza. Banery, zdjęcia kolarzy, flagi. Atmosfera była niesamowita, byliśmy pod wielkim wrażeniem jak FanClub to wszystko zorganizował. Czarek za każdym razem jak przejeżdżał to machał do kibiców na wiadukcie. Dobrze, że dostaliśmy dzień wcześniej czapeczki Bory, to się jakoś wtopiliśmy w tłum.
Na koniec etapu standardowo się rozdzieliliśmy, Robert został na mecie a ja poszłam szukać gdzie będą autobusy ekip. A tam kolejna nieciekawa sytuacja z udziałem naszych kibiców. Podeszłam sobie do obsługi ekipy Team Emirates, żeby się podpytać o dalsze plany na wyścig itp. a Pan z obsługi krzyczy do mnie, że nie mają bidonów. Bardzo się zdziwił, że chciałam tylko pogadać. Chwilkę rozmawiamy i podjeżdża jakiś dzieciak na rowerze i drze się, że chce bidon. Pan grzecznie mu odpowiada, że nie ma (wiadomo po angielsku) na co dzieciak wydziera się: „no to spier…” Myślałam, że szczęka mi opadnie, było mi tak wstyd. Podeszłam do tego Pana i go przeprosiłam za tego dzieciaka, mówię, że nie wszyscy polscy kibice się tak zachowują i ogólnie jest mi strasznie wstyd, że na naszym narodowym wyścigu nie potrafimy się zachować. Byłam na kilku wyścigach za granicą i tam nie ma czegoś takiego, na pewno nie w takim stopniu jak u nas. Tam ludzie po prostu przychodzą kibicować i bawić się. Usiadłam na murku i czekałam na męża, a pan z UEA woła mnie żebym podeszła do samochodu. I woła mnie, woła, żebym szybko przyszła, bo otworzył bagażnik… i mówi do mnie, że on naprawdę nie ma bidonów, ale pamięta mnie z innych wyścigów i wyjął z bagażnika torbę kolarską na jedzenie. Mówi do mnie “tylko schowaj szybko, bo jak te dzieciaki zobaczą to będzie awantura”. Szok, to był bardzo miły gest z jego strony. Potem przyjechał jeszcze Przemek Niemiec i podpisał mi tą torebkę żebym miała jeszcze lepszą pamiątkę.
Czarek przyjechał rowerem i tak samo wrócił do hotelu, włączył sobie gps żeby nie zgubić się z tym swoim rowerem w Katowicach. Jedynie szkoda, że nie udało się zrobić zdjęcia z Michałem Kwiatkowskim, ale wiadomo, nasza największa gwiazda była najbardziej oblegana przez kibiców. Nie ma jednak tego złego, bo za kilka miesięcy spotkaliśmy go w Andorze i wtedy można było spokojnie porozmawiać i zrobić sobie zdjęcie.
Poszliśmy do naszego hotelu, kolejny Ibis Budget, również bardzo niedaleko. Mimo później pory i zmęczenia, uświadomiliśmy sobie, że nawet nie mieliśmy czas zjeść. Wybraliśmy w okolice dworca do AIOLI http://www.aioli-cantine.com szczerze to nie pamiętam co tam jedliśmy, bo byłam tak zmęczona, ale było bardzo dobre. W tych Katowicach czułam się troszkę dziwnie , bo jak szliśmy to dzielnica była nie za ciekawa, budynki bardzo zniszczone, dziwne towarzystwo pod wpływem %%, a za chwilę ta sama ulica robi się nowoczesna, galerie handlowe, piękne budynki. Zdziwiło mnie, że w Katowicach jest prohibicja, czyli w godzinach 22-6 nie można kupić alkoholu.
Centrum Katowic, niby nowoczesne, ale nie wszędzie
Rano szybko się spakowaliśmy, nasze „zdobycze” wyścigowe poupychaliśmy w plecaki i poszliśmy szukać śniadania. Plan był taki, że pozwiedzamy trochę miasto i nie jedziemy już na start kolejnego etapu, żeby nie spóźnić się na samolot. Na tym mogła by się skończyć nasza wycieczka, ale okazało, że to dopiero początek przygód. Na śniadanie trafiliśmy do Kofeina Bistro, było pyszne i pożywne. Woleliśmy kręcić się w okolicach dworca, żeby nie oddalić się za daleko i zdążyć na pociąg do Warszawy. Szukaliśmy usilnie hotelu w którym zatrzymali się kolarze Team Sky, podobno miał być w okolicach dworca i był, tylko, że to nie ten, że są dwa, a ten drugi, właściwy jest prawie za miastem. Za to spotkaliśmy kolarzy Bory który robili sobie przejażdżkę po mieście. Przed samym odjazdem trafiliśmy w jeszcze jedno ciekawe miejsce na deser. Przy samym dworcu, jednak zapomniałam nazwy. Bardzo podobny do Coffee Bar w Świnoujściu. Czegoś takiego brakowało mi w Szczecinie.
Super cukiernia w Katowicach, szkoda, że nie pamiętam nazwy
W końcu trafiliśmy na nasz pociąg, po raz kolejny Pendolino w strefie ciszy. Wyjeżdżaliśmy ok. 15 żeby spokojnie na 20.40 zdążyć na samolot. Mieliśmy mieć sporo czasu wolnego w Warszawie. Jesteśmy jakieś 50km do Warszawy i nagle pociąg stanął, najpierw myśleliśmy, że to jakiś chwilowy postój, ale po pół godzinie zaczął chodzić konduktor z niemiłą informacją, że jest jakaś bardzo poważna awaria na stacji Warszawa Włochy i cały ruch został wstrzymany do odwołania. Oprócz nas były w pociągu jeszcze 2 osoby, które musiały zdążyć na samolot. Pani leciała do Włoch, a Pan na Łotwę do pracy. Po jakiś dwóch godzinach pociąg ruszył, bardzo pomału, okrężną drogą. Wszyscy dostaliśmy wafelki i wodę, a że była już pora obiadu to chciałabym kupić coś w Warsie. Pierwotny plan zakładał, że zjemy na spokojnie w stolicy. Niestety okazało, się, że są tylko pierogi i nie można płacić kartą, bo terminal nie działa. Zjedliśmy jedną porcję pierogów na pół, bo zabrakło już jedzenia w Warsie. Byłam w szoku jak przyszła do nas Pani Kierownik Pociągu poinformować, że pociąg specjalnie dla naszej 4 zatrzyma się na stacji Warszawa Okęcie i tam będą już na nas czekać taksówki, które zabiorą nas na lotnisko, normalnie szok !!! Niestety na stacji Warszawa Okręcie byliśmy 19.45 a samolot odlatywał o 20.40. Pan i Pani już wiedzieli, że nie zdążą na swój samolot, ale okazało się, że PKP pokrywa koszty ewentualnego noclegu i innego lotu, kolejny szok. Dlatego też nie stresowałam się jakoś specjalnie czy zdążymy na ten samolot czy nie. Godzina 20.05 wpadamy na lotnisko, a tam kolejna do bramek bezpieczeństwa na pół godziny stania. Zaczęłam prosić, żeby nas ludzie w kolejce przepuścili, nikt nie robił problemów, oprócz turystów z Izraela, którzy z fochem stwierdzili, że oni też są spóźnieni i muszą czekać w kolejce i nas nie przepuszczą. Ehhh 20.30 przeszliśmy kontrolę bezpieczeństwa i biegiem do bramek, jest szansa, jest napisane, że trwa boarding. Dobiegamy, a tam informacja, że nasz samolot jest spóźniony pół godziny. Uff, jakoś się udało i polecimy. Kupiliśmy szybko coś do zjedzenia i zmęczeni padliśmy w samolocie. Dopiero później jak się przebudziłam, uświadomiłam sobie, że przecież mamy busa z Goleniowa do Szczecina, który przez spóźniony samolot nam przepadnie. No i ciekawe jak wrócimy do Szczecina?? Całe szczęście okazało się, że autobus czekał tylko na pasażerów z naszego lotu, więc po prostu na nas czekał.
W końcu wsiadamy do spóźnionego samolotu
To były bardzo intensywne 3 dni, pełne wrażeń, przygód, ale również bardzo męczące i gorące. Czy powtórzyłabym taką wycieczkę, na pewno, ale nie w tym roku i raczej na pewno nie pojadę już na Tour de Pologne, chyba, że będzie jakaś super okazja. Nie do końca odpowiada mi ta cała otoczka wokół wyścigu, jednak na zagranicznych Tourach jest to zupełnie inaczej zorganizowane. Ale co przeżyłam i zobaczyłam to moje, wróciłam opalona i poznałam mnóstwo nowych ludzi.
No się doigrałam…. Dużo pracy od początku roku, zmiany
temperatur i mnie rozłożyło. Chore zatoki, ból gardła, katar, kaszel i ogólne
osłabienie, czyli typowe przeziębienie. Jako, że przeszłam długotrwałą
antybiotykoterapię w związku z boreliozą, nie mogę zbytnio brać leków a nawet
nie chcę.
Pamiętacie jak mama na przeziębienie robiła syrop z cebuli,
stawiała bańki albo okładała okolice gardła ugotowanymi ziemniakami ?? Bardzo dokładnie pamiętam też, jak byłam na
studiach i mojej koleżanki babcia dawała nam „kiszony barszcz” czyli popularny
teraz sok z kiszonych buraków. Tak tak, w 2002 roku już go piłam 😉 Wracając do
babci, kiedyś bardzo się przeziębiłam, miałam iść do lekarza po antybiotyk, bo
nie przechodziło i wtedy ta babcia wyjęła ze słoika suszone liście i owoce lipy
i czarnego bzu. Wrzuciła po dużej garści suszu do garnka z wodą, zagotowała,
dodała cytryna i kazała wypić wszystko przed snem. Rano obudziłam się zupełnie zdrowa. Od tej
pory mocno wspomagam się ziołolecznictwem, co prawda nie chodzę i nie zbieram
ziół a potem ich nie suszę, chociaż bardzo żałuję, że nie mam na to czasu, ale
radzę sobie w inny sposób.
Poniżej przedstawię Wam moje ziołowe sposoby na choroby.
Mikstura na
przeziębienie z czarnego bzu i lipy
– 2 saszetki herbatki z czarnego bzu
-2 saszetki herbatki z lipy
– kilka plastrów imbiru
– kilka plastrów cytryny
– rozgrzewające przyprawy: goździki, cynamon (laska), anyż
– ewentualnie świeża kurkuma.
Wszystko złożyć do dużego dzbanka i
zalać gorącą wodą, po lekkim wystudzeniu dodać łyżkę miodu (chyba, że bardzo
boli gardło, to miodu nie dodawać)
Kwiaty czarnego bzu zawierają dużo
flawonoidów i kwasów fenolowych, a ponadto kwasy organiczne, sterole, olejek,
garbniki, triterpeny oraz sole mineralne. Mają one działanie m.in.:
wykrztuśne,
przeciwgorączkowe,
napotne,
moczopędne,
oczyszczające organizm,
przeciwwirusowe.
Bardzo
popularny w Niemczech i Austrii jest syrop z czarnego bzu „holunderblütensirup”
również polecany na przeziębienie.
Kwiatostan lipy zawiera wiele prozdrowotnych
substancji, przede wszystkim flawonoidy, fitosterole, śluzy i garbniki, a także
kwasy organiczne, sole mineralne, witaminę C i PP. W leczeniu przeziębienia
wykorzystuje się przede wszystkim działanie napotne lipy, dlatego dodając
herbatkę lub kwiaty lipy do „mikstury” lepiej ją pić na noc. Duże znaczenie
mają też zawarte w niej związki śluzowe, które wykazują działanie osłaniające,
powlekające i zmiękczające.
Imbir i rozgrzewające przyprawy działają przede wszystkim rozgrzewająco i
przeciwzapalnie. Imbir może być tez pomocny w infekcji gardła. Jednak
największe znaczenie w przypadków stanów zapalnych ma kurkuma i cynamon.
Chodząc na akupunkturę, dowiedziałam się od Pani Renaty – serdecznie
pozdrawiam – studiującej medycynę
chińską, jak najszybciej pozbyć się kataru. Niby nieleczony i leczony trwa 7
dni, ale jest wspaniały sposób na osuszenie zatok i katar trwa w tedy maksymalnie
3 dni.
Mikstura na katar
– pół opakowania tymianku lub kilka gałązek świeżego
tymianku
– kilka plastrów imbiru
– kilka plastrów cytryny
– rozgrzewające przyprawy: goździki, cynamon (laska), anyż
– ewentualnie świeża kurkuma.
Gotować na wolnym ogniu w niedużym garnku ok. pół godziny,
po wystudzeniu dodać troszkę miodu bo mikstura jest ohydna w smaku
(przynajmniej dla mnie). Pić 1x dziennie, ale już po pierwszym dniu poczuje się
sporą różnicę.
Magiczny tymianek
ma właściwości przeciwgrzybicze, przeciwpasożytnicze, przeciwzapalne,
odkażające i wykrztuśne, ale przede wszystkim ma działanie
rozkurczowe i silnie antyseptyczne, dlatego w medycynie naturalnej jest używany
jako naturalny środek na infekcje dróg oddechowych. Działa również jak
naturalny antybiotyk.
Inne naturalne produkty
lecznicze
W przypadku przeziębienia warto też skorzystać z bardziej oczywistych
opcji jak czosnek. Czosnek
to absolutny lider w świecie leczniczych roślin: jest naturalnym antybiotykiem,
hamuje rozwój bakterii, zwalcza infekcje, obniża ciśnienie krwi oraz działa
prezciwgrzybiczo. Zawiera związki
flawonoidowe, aminokwasy, saponiny, cukry, związki śluzowe, witaminy (B1, B2,
PP, C, prowitamina A), liczne sole mineralne (m.in. potasu, wapnia, magnezu)
oraz rzadkie mikroelementy (m.in. kobalt, chrom, nikiel). Ale najcenniejsze w czosnku są olejki
eteryczne bogate w siarczki i allicynę.
Propilis – znalazł
zastosowanie w profilaktyce oraz leczeniu przeziębień i grypy. Wiele bakterii
wykazuje wrażliwość na działanie propolisu. Wykazano, że kit pszczeli blokuje
rozwój szczepów bakteryjnych odpornych na antybiotyki. Propolis produkowany
jest przez pszczoły z żywicy pąków drzew. Zawiera kilkaset związków
chemicznych, w tym m.in.: flawonoidy, kwasy fenolowe, kwasy tłuszczowe, kwasy
aromatyczne, estry oraz sterole, terpeny i kumaryny. Te substancje sprawiają,
że propolis ma zdolność niszczenia i
blokowania różnych bakterii, grzybów, wirusów oraz pierwotniaków.
Z kolei dzięki zawartości witamin A, E, B1, B2, B5, B6 i D zapewnia skórze
bardzo dobrą kondycję.
Propolis najlepiej stosować w postaci nalewki, rozrabiany ze spirytusem. Kilka
(5-8 ) kropli nalewki z propilisu zalać 50ml przegotowanej wody. Odstawić na
noc i rano wypić na czczo.
W przypadku chorych zatok warto przepłukać je kilka razy w
ciągu choroby, roztworem z soli fizjologicznej.
Sprawia ona, że obrzęk śluzówki jest mniejszy.
W Przypadku bólu gardła najlepiej sprawdzą się najbardziej
znane metody czyli płukanie gardła wodą
z solą lub naparem z szałwii.
Warto też pamiętać o
cytrynie, truskawkach, natce pietruszki, czarnej porzecze – mają dużo
witamy C.
Na przeziębienie idealny będzie też rosół mocy, długo gotowany z rozgrzewającymi przyprawami i jak mamy
to z grzybami shitake.
Wszelkiego rodzaju kiszonki, nie mocno wzmacniają układ
odpornościowy, zawierają też witaminę C, w tym wspomniany wcześnie „barszcz
kiszony”. O właściwościach soku z kiszonych buraków rozpisują się teraz „Internety”.
Przepis na sok z kiszonych buraków
– kilogram buraków
z uprawy ekologicznej,
– 6-7 ząbków
czosnku,
– 2 litry przegotowanej wody (ostudzonej),
– ziele angielskie, liście laurowe,
– sól, np. himalajska, jodowana (łyżka na litr
wody).
Można również dodać kromkę razowego chleba lub łyżkę cukru
(by uzyskać szybszą fermentację)
Buraki należy umyć, obrać i pokroić w grube plastry lub
ćwiartki. Warzywo należy ułożyć w kamionce lub dużym słoiku, przekładając
czosnkiem i przyprawami.
Całość zalewa się wodą z solą (wszystkie buraki muszą być
przykryte). Tak przygotowaną miksturę należy odstawić na 5-7 dni w zaciemnione
miejsce. Po tym czasiezakwas
trzeba odcedzić i przelać do czystego słoika. Sok z kiszonych buraków przechowuje
się w lodówce.
Naturalne produkty z
apteki
Nie trzeba kupować drogich syropów i tabletek, wystarczy
kilka bardzo tańszych produktów z za lady. Śmieję się, że są one zza lady, bo
nigdy nie stoją na wierzchu, raczej na zapleczu.
Sól emska to
znany sposób na pozbycie się kaszlu, który pojawia się przy alergiach,
przeziębieniu czy grypie. Zarówno na kaszel suchy i mokry. Rozpuścić w szklance
przegotowanej chłodnej wody 2 tabletki, najlepiej pić rano. Cena za 40 tabletek ok. 6-7 zł
Syrop prawoślazowy posiada
właściwości lecznicze i znajduje zastosowanie przy leczeniu stanów zapalnych
górnych dróg oddechowych. Korzeń tej rośliny wytwarza śluz, który wykazuje
działanie ochronne – zmiękcza i powleka podrażnione oraz obrzmiałe błony
śluzowe jamy ustnej i gardła. Oprócz tego posiada właściwości nawilżające oraz
przeciwzapalne. Stosuje się go w kaszlu suchym, mokrym i w przypadku bólu
gardła, butelka syropu kosztuje ok. 2-3 zł
Ostatnim specyfikiem wspomagającym przeziębienie jest colostrum. Jest to siara bydlęca (siarę tez produkuje
kobieta zaraz po urodzenia dziecka – takie pierwsze mleczko – naturalny probiotyk).
która ma liczne właściwości i działanie zdrowotne – obniża ciśnienie, wzmacnia
zęby i kości, zapobiega wrzodom, łagodzi objawy trądziku, a nawet wykazuje
działanie antynowotworowe i hamuje rozwój choroby Alzheimera. Jednak colostrum ceni
się przede wszystkim ze względu na to, że jak żaden inny specyfik wzmacnia
odporność organizmu i chroni przed bakteriami i wirusami. Można kupić w aptece
lub w sklepie zielarskim.
Należy jednak pamiętać, że nie wszystkie zioła mogą zażywać wszystkie
osoby, sprawdź najpierw czy Twoja choroba lub leki które przyjmowane nie są przeciwwskazaniem
do przyjmowania tych konkretnych ziół. To samo tyczy się dzieci i kobiet w
ciąży.
Kiedyś mam nadzieję, uda mi się napisać artykuł o tym jak
wspomogłam leczenie boreliozy chwastem z działki, a że wiosna zbliża się coraz
większymi krokami, może w tym roku nazbieram czarnego bzu i lipy, żeby
przygotować suszonki na zimę… dużo zdrówka dla wszystkich.
Kiedyś jak jeszcze nie zwracałam większej uwagi na zawartość moich potraw, dość często używałam do rożnego rodzaju sałatek albo makaronów gotowych sosów z torebki. Co prawda zanim te produkty się pojawiły, pod koniec szkoły podstawowej “wymyśliłam” swoją wersję sosu vinegret, jednak była ona trochę niedoskonała bo jednym z jej składników był cukier.
Będę we Włoszech zauważyłam, że Włosi do sałatek używają tylko i wyłącznie oliwy i octu balsamicznego. Fajne połączenie, które do dzisiaj często stosuję. Jednak będąc chyba po 2 poście dr Dąbrowskiej włączyła mi się wielka inwencja kulinarna i wpadłam na pomysł, żeby zrobić swój sos do sałatek, który idealne nadaje się też jako przyprawa do ryb, marynata albo pesto do makaronu
świeża bazylia
inna zielenina np. natka pietruszki, koperek, rozmaryn, kto co ma i lubi
1 lub 2 ząbki czosnku
garść orzechów nerkowca
szczypta soli
ocet jabłkowy mętny lub sok z cytryny / limonki
oliwa z oliwek
W zależności od tego co mam w domu, czasem dodaję awokado zamiast oliwy, trochę białego wina, parmezan.
Wszystko trzeba wrzucić do blendera i zmiksować na jednolitą masę. Jeżeli masa jest za gęsta, a chcemy jej użyć jako sosu do sałatki, można dolać trochę wody lub oliwy.
Marynata do pieczonego łososia
Smakuje i pachnie obłędnie, o a walorach zdrowotnych nie wspomnę. Zupełne przeciwieństwo sosów z torebki.
Sałatka z grilowanym kurczakiem i mango – do tego sos pesto
Robię te ciasteczka jak zostają mi powidła śliwkowe np. po Kaiserschmarrnie 🙂 Tak naprawdę są to ciasteczka z kleiku ryżowego, ale moja zmodyfikowana wersja. Można też zrobić wersję bez jajek
1 paczka kleiku ryżowego bezsmakowego -190gr
3 jajka
250 g masła klarowanego, w temperaturze pokojowej lub 200gr oleju kokosowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ szklanki cukru trzcinowego drobnego lub cukru kokosowego
wanilia lub ekstrakt z wanilii (nie jest to konieczne)
4 łyżki wiórków kokosowych
powidła śliwkowe
Utrzeć z mikserze cukier, wanilię i masło na jednolitą masę, potem
dodawać stopniowo kleik ryżowy jajka i wiórki. Uformować na blaszce
kulki z ciasta, można zrobić dziurkę na drzem, ale nie jest to
konieczne. Na każde ciastko nałożyć pół łyżeczki powideł. Piec prze 15-20 minut w piekarniku nagrzanym do 170 stopni. Można zrobić też wersję czekoladową – dodając do ciasta półtorej łyżki naturalnego kakao. Ciastka są chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku do tego śliwki dają fajny kwaśny smak.
Niby deser, ale czasem robimy na śniadanie. Za pierwszym razem jak byliśmy w Austrii to nie mogłam się nauczyć tego wypowiadać i w końcu musiałam zjeść naleśnika 😉
2 jajka
1/2 szklanki mąki owsianej
1/2 szklanki mleka roślinnego
2 łyżki miodu
garść namoczonych rodzynek
szczypta soli
cukier puder do posypania – ja daję cukier puder trzcinowy
powidła śliwkowe
Oddzielić białka od żółtek i białka ubić z solą. W osobnej misce utrzeć
jajka z miodem. Kolejno dodawać mleko i mąkę. Na koniec do masy dodać
białka i delikatnie wymieszać na jednolitą masę. Smażyć jak omlet, z obu stron. Ja smażę – jak prawie wszystko, na oleju kokosowym. Jeżeli
w trakcie przekładania omlet się „uszkodzi” to nic, bo na koniec trzeba
go pokroić na mniejsze części używając drewnianej lub teflonowej
łopatki. Kawałki omleta posypać cukrem pudrem i jeść z powidłami. Przepis na 2 omlety.
Kolejny przepis Hannah, który bardzo lubię, bo można wykorzystać do niego resztki 😉 reszki ryżu z obiadu z poprzedniego dnia, przekrojoną cytrynę, resztki jogurtu.
250 gr ugotowanego ryżu
1 banan
2 jajka
50gr mąki kokosowej – ja daję wiórki jak nie mam mąki
szczypta soli
szczypta cynamonu
20gr jogurtu greckiego albo kokosowego
1 cytryna lub 2 limonki lub pomarańcza – co macie
wanilia lub Ekstrakt naturalny Wanilia Bourbon
łyżeczka miodu
W dużej misce ugnieść banana i dobrze wymieszać z ryżem, jajkami, mąką kokosową (lub wiórkami) solą i cynamonem. Smażyć placki na średnio rozgrzanej patelni. Jogurt wymieszać z sokiem z cytryny (limonek lub pomarańczy), wanilią i miodem. Można podawać z owocami jakie się lubi lub bez J i posypać wiórkami kokosowymi. Z przepisu wychodzi ok. 8 placów
Placuszki owsiano-bananowe to mój ulubiony przepis śniadaniowy, bo jest mega prosty i bardzo szybko się go robi 🙂
Na ten przepis natknęłam się w drugiej książce Hannah Grant – https://www.hannahgrant.com/ – którą kupiłam po jej wykładzie na kongresie kolarskim w Sopocie. Hannah była wtedy szefem kuchni w Tinkoff Saxo i gotowała podczas Tour de France. Jej przepisy są na prawdę banalnie proste, dlatego tak je lubię.
3 dojrzałe banany
4 jajka
80 gr otrębów owsianych
szczypta cynamonu
owoce
syrop klonowy
Płatki owsiane zmieliłam blenderem na mąkę (można dodać po prostu mąkę owsianą jak komuś się nie chce, ale wiadomo, otręby są mniej przetworzone). Banany rozgnieść widelcem w misce, wrzucić do nich mąkę cynamon i wbić jajka. Wszystko wymieszać widelcem na jednolitą masę. Smażyć na oleju kokosowym – mniej się dymi. Owoce i syrop klonowy do dekoracji. Z przepisu wychodzi ok. 10-12 placów.
Owsianka w formie gofrów to ulubione danie mojego męża.
Jak kupiliśmy gofrownicę, był do niej dołączony przepis, więc zmodyfikowałam go lekko na własne potrzeby. Od tej pory nie potrafię zjeść zwykłego gofra, może dlatego, że jest dla mnie za słodki.
2 jajka
1.5 łyżki miodu
0.5 łyżeczki wanilii lub cukru z prawdziwą wanilią
1 szklanka wody gazowanej
2/3 szklanki mleka roślinnego
¼ szklanki oleju kokosowego
¾ szklanki mąki owsianej
¼ szklanki mąki ryżowej lub z tapioki
½ łyżeczki proszku do pieczenia
1 garść otrębów owsianych lub jaglanych lub jakie się ma w domu
½ szklanki namoczonych płatków owsianych lub innych – ja używam owsiane bezglutenowe
1 garść wiórków kokosowych (jak nie mam to daje mielone migdały lub podobne)
Jajka utrzeć z miodem i wanilią. Można miksować lub po prostu dobrze wymieszać wszystkie składniki. Najpierw do jajek dodaję wodę i mleko, a później wszystkie sypie produkty. Czasem zapomnę rozpuścić oleju, więc dodaję pół łyżki nierozpuszczonego. Warto pamiętać, że ciasto jest trochę gęstsze niż normalne na gofry. Gorącą gofrownicę smaruję olejem kokosowym i na to kładę masę owsiankowo-gofrową. Nigdy nie kładę pełnej porcji, ponieważ ciasto jest gęstsze i może wypływać. Jedną porcję robi się ok. 3-4 min. Przepis starcza na ok. 8 gofrów. Można podawać z owocami jakie się lubi lub bez 🙂 Czasem robię wersję kakaową – wtedy do masy dodaję 1 czubatą łyżkę naturalnego kakao.
W 2017 oglądaliśmy w telewizji la Vuelta Espana i akurat pokazywali etap z Andory. Te widoki, góry, maleńkie państwo, do którego nie da się dojechać pociągiem ani dolecieć samolotem, bo po prostu nie ma tam takiej infrastruktury.
Księstwo Andory leży w Pirenejach, granicząc od północy z
Francją, a od południa z Hiszpanią. Powierzchnia to ponad 450km2
oraz mieszka tam troszkę ponad 19 tyś mieszkańców.
Stolica Andory
Robert oglądają Vueltę powiedział, że fajnie by było,
jakbyśmy tam kiedyś pojechali, pewnie nie spodziewał się jeszcze wtedy, że za
rok nasze życie mocno się zmieni i będziemy we wrześniu w Andorze.
Andora
Po powrocie w zeszłym roku z Tour de Pologne, w sierpniu,
byliśmy tak nakręceni, że bardzo chcieliśmy jeszcze gdzieś w tym roku pojechać. W sumie z
wielkich tourów nie byliśmy tylko na Vuelcie i od razu przypomniał mi się
pomysł z Andorą. Szybkie sprawdzenie
biletów lotniczych z Berlina i plan jest.
Ruszamy z Berlina
Wydaje mi się, że zaplanowałam najbardziej oszczędną wersję,
czyli lot z Berlina do Tuluzy (Francja) a później wypożyczenie samochodu na
lotnisku i ok. 150 km do Andory. Na booking.com znalazłam dość tani 4
gwiazdkowy hotel (co jednak się okazało wielką porażką). Lot z Belina do Tuluzy
liniami Easy Jet to koszt ok. 300zł w obie strony. Hotel wyszedł jakieś 270zł
za dobę ze śniadaniem. Najdroższy biznes z tego wszystkiego to wypożyczenie
samochodu. Jako, że przekraczamy granicę, lepiej wziąć opcję z pełnym ubezpieczeniem.
Niestety na lotnisku w Tuluzie nie ma
lokalnych tanich wypożyczalni więc trzeba wybrać coś z sieciówki.
Zdecydowaliśmy się na Goldcar ponieważ wychodziło najtaniej. W sumie koszt
wypożyczenia samochodu to ok. 900zł ale bez dodatkowych kaucji itp. Co prawda
rezerwacji dokonaliśmy dość późno, jeżeli robi się to sporo wcześniej, to opcja
z full ubezpieczeniem i 2 kierowcami plus przekroczenie granicy itp. to koszt ok.
300zł na 4 dni.
Gdzieś nad Francją i nad chmurami
Drugą sporą wtopą która zaliczyliśmy już na samym początku
wyjazdu, był telefon. Oboje zmienialiśmy
operatora i w dniu wylotu, jak już byliśmy na lotnisku w Berlinie, Robertowi
przestała działać stara karta. Nie ma problemu, mieliśmy nową, więc po prostu
przełoży i będzie ok., ale nie było… Rozmowy i sms działały, ale Internet nie,
mimo, że roaming był włączony. Dopiero
prawidłowo się uruchomił po powrocie do Polski. Najgorsze, że następnego dnia
mój numer miał zostać przeniesiony. Co gorsze operator nie poinformował nas
kiedy to dokładnie nastąpi ( długa historia…), więc ta sytuacja nas trochę
zaskoczyła. Bo francuskiego prawie w ogóle nie znaliśmy, hiszpański też mało… a
jeszcze trzeba dojechać do tej Andory. Właśnie wtedy zaczęła się prawdziwa
przygoda.
Wyjazd z parkingu pod lotniskiem w Tuluzie
Lot do Tuluzy trwał ok. 2 godzin. Muszę przyznać że Easy Jet
jest znacznie wygodniejszy niż Ryanair. Ok. 17 wysiedliśmy z samolotu i bardzo szybko
udało się znam znaleźć Goldcar, mimo że lotnisko jest naprawdę spore. Szybki odbiór samochodu, bo chcieliśmy jak
najszybciej wydostać się z miasta na autostradę. Przed nami były ok. 3 godziny
jazdy, w tym ostatnie kilometry wysoko w górach. Nie chciałam jechać po ciemku. Dostaliśmy małego
Citroean C1, ale miał Klimę, więc można było śmigać. Od jakiegoś czasu ja robię
w 100% za kierowcę, bo Robert po operacji oczu miałby problem z prowadzeniem.
Mieliśmy trochę problemów, z wyjazdem z miasta, a to nawigacja trochę źle
poprowadziła, a to korki, a to jakaś karetka, ale w końcu się udało. Dotarliśmy
na autostradę. Za odcinek ok. 100km zapłaciliśmy coś między 3 a 4 euro, więc
nie było tragedii, później jeszcze trzeba było zapłacić za tunel do samej
Andory ok. 6 euro. Można tez jechać górami, ale ja zdecydowanie wieczorem wolę
zapłacić, niż pchać się po górach jak jest ciemno i mgła.
Santa Julia
Po zjeździe z autostrady w miejscowości Tarascon-sur-Ariège
udało nam się zjechać do Aldiego, który był jeszcze czynny 15 min. Kupiliśmy
bagietkę, picie i ciastka Magdalenki – taka typowa francuska kolacja .
Zaczynało się już robić ciemno i przed samym dojazdem do przełęczy pojawiła się
bardzo gęsta mgła. Całe szczęście mam
spore doświadczenie w jeździe po górach we mgle, ale i tak skorzystaliśmy z
tunelu. Jak się z niego wyjeżdża po drugiej stronie gór, jest się już w
Andorze, my musieliśmy jeszcze przejechać ok. 30 km w dół do stolicy. Było już ciemno więc ciężko było podziwiać
widoki, ale miasta były pięknie oświetlone a w każdym mieście było pełno
rond.
Andora centrum
W końcu jakoś po 21 udało nam się dojechać do hotelu. Miały być
4 gwiazdy, ale nie wiem gdzie one były? Hotel brzydki, brudny, jak z lat
70-tych. Parking był w budynku hotelu na piętrze, trzeba było wjechać windą
razem z samochodem do góry, żeby z niego skorzystać. Dobrze że mieliśmy malutki
samochodzik, bo większy by się do tej windy nie zmieścił. Warto szukać hotelu
od razu z parkingiem, bo parkowanie na mieście jest drogie i można w jednym
miejscu stać maksymalnie 5 godzin.
Nasz Hotel Cérvol naprawdę był mega słaby, ale
stwierdziliśmy, że nie będziemy się tym specjalnie przejmować, bo przyjechaliśmy
tam na Vueltę a nie do super hotelu ze Spa. Generalnie hotelu nie polecam.
Andora
Vuelta miała mieć w Andorze 2 etapy. Pierwszy, który miał
być naszego następnego dnia pobytu, kończył się wysoko w górach, niedaleko
miejscowości Santa Julia. Kolejny miał
start w Andorze i kolarze mieli jeździć po całym państwie, żeby zakończyć się w
stolicy Andory czyli Andorze.
Andora
Śniadania w naszym hotelu był dziwno, dużo lokalnych wędlin,
ale też sporo słodkich rzeczy i prawie w ogóle warzyw. Udało nam się zjeść Tosta
z jajkiem sadzonym. Chciałam też spróbować dżemu truskawkowego, który okazał
się pastą pomidorową.
Po śniadaniu poszliśmy się rozejrzeć na miasto. Andora to obszar wolnocłowy,
więc pełno tam centrów handlowych. Z naszego hotelu do centrum stolicy było
jakieś 10 min spacerkiem, widoki cudowne, chociaż wszędzie śmierdzi papierosami
i spalinami (paliwo tanie jak w Livigno). Udało nam się znaleźć centrum
informacji turystycznej, ale pani nie umiała mi za bardzo wytłumaczyć jak
dostać się na metę dzisiejszego etapu. Najlepiej samochodem, no ale wiemy z
innych wyścigów, że droga dla samochodów będzie zamknięta, więc trzeba było coś
innego wymyśleć. Niestety mój Internet w
telefonie też przestał działać a darmowe wifi miało zasięg tylko w hotelu i w
kilku miejscach w centrum, pojawił się problem, bo w Andorze bardzo słabo mówią
po angielsku, więc trzeba będzie improwizować.
Zaopatrzeni w mapę, postanowiliśmy pojechać do Santa Julia autobusem a potem pójść
na metę na nogach, przecież to tylko 8km więc co to dla nas. Wypiliśmy jeszcze
kawę w lokalnej kawiarni, całkiem smaczna, do tego jakieś kanapki. W sklepie zaopatrzyliśmy
się w banany i brzoskwinie, jejku jakie były pyszne. Zupełnie inny smak niż
nasz, w końcu w Andorze jest klimat śródziemnomorski. I tu pojawił się kolejny
mały problem, miało być chłodno, a że my na taki wyjazd bierzemy wszystko w
wersji minimalistycznej tj każde z nas pakuje się w mały plecak z minimalna potrzebną
liczbą ubrań , a tu nagle się okazało, że jednak krótkie spodenki to byłby
doskonały pomysł, bo w południe temperatura wynosiła już ok. 30 stopni. No
trudno, zafarbowane na niebiesko nogi od jeansów przecież się domyją.
Andora
W końcu udaliśmy się na przystanek autobusowy i czekami i
czekamy i czekamy. W końcu pojawił się
nasz autobus do Santa Julia, fajny klimatyzowany. W Andorze, gdziekolwiek się
chce jechać autobusem trzeba zapłacić za bilet 1,20 euro. Dzięki mojej
minimalnej znajomości hiszpańskiego powiedziałam ładnie, że chcę „dos” bilety,
żeby nie pokazywać na palcach. Oczywiście pojechaliśmy o kilka przystanków za
daleko i trzeba było się wracać do centrum miasta na rondo, z którego był skręt
na metę, ale dzięki temu znaleźliśmy super sklep rowerowy z fajnymi
wyprzedażami.
Ruszamy pod górę
Nie było jednak teraz czasu na zakupy, trzeba było ruszyć
pod górę, meta miała być w pobliżu parku rozrywki Naturlandia na wysokości 1600m
czyli jakieś 8km od ronda w Sant Julià
de Lòria. Była dobra godzina, spokojnie zdążymy w 2,5 pod górę dojść mimo, że
spodnie przyklejały się nam do nóg. Za
to wzięliśmy bardzo wygodne buty, więc ruszyliśmy. Jakie było nasze zdziwienie
jak na pierwszym kilometrze okazało się, że są dwie Naturlandie, ta na 1600m a
druga na 2000m. Oczywiście meta miała być wyżej. Nie ma opcji, nie damy rady
tam dojść, szczególnie że było stromo i słońce mocno świeciło. Postanowiliśmy,
że idziemy najwyżej jak damy radę i tam będziemy czekać na kolarzy. Było coraz
bardziej gorąco, jedynym ukojeniem były momenty kiedy droga prowadziła przez
las i kiedy przy drodze były źródełka z zimną wodą. Całe szczęście takich
świrów jak my było sporo. Niektórzy dzień wcześniej przyjechali kamperami i
czekali na poboczu, inni wjeżdżali rowerami, jeszcze inni szli tak jak my a co
niektórzy wjechali ile się dało samochodami. Później się okazało, że nasza
wersja z pójściem na nogach była optymalną, bo po wyścigu zrobił się taki
korek, że szybciej było zejść na nogach niż zjeżdżać samochodem.
W drodze na metę
Mieliśmy farta bo akurat przejeżdżała kolumna reklamowa,
rzucili nam czapki, worki, jakieś cukierki i inne gadżety. Udało nam się dojść
między 7 a 6 km przed metą i zaczął już krążyć nad nami helikopter, to był
znak, że kolarze są już blisko. Ustawiliśmy się po dwóch stronach drogi. Ja jak
zwykle z flagą polski a Robert z aparatem i czekaliśmy. Koło nas stały dwie
grupki kibiców z Hiszpanii i Francji. Było naprawdę bardzo fajnie. Po ok. pół godziny, jak już wszyscy
przejechali, wszystkich pozdrowiłam, wszystkim pomachałam, szybko zebraliśmy się
do zejścia w dół. Przede wszystkim żeby uniknąć korków, ale też żebym pierwsza
mogła zebrać „gadżety” wyrzucone przez zawodników na trasie.
Piękne widoki w stronę Santa Julia
Schodziło się zdecydowanie szybciej, mimo, że było po 18 to
słońce dalej mocno grzało. W krzakach za barierkami, gdzieś w dole zobaczyłam
bidon. Udało mi się po niego zejść, potem Robert jakoś pomógł mi się wdrapać do
góry i miałam swoja pierwszą Andorską zdobycz. Chłopak który przechodził obok
nas patrzył z taką zazdrością, że udało mi się po niego zejść. Nie ważne, że
spodnie były brudne, miałam swoja nagrodę. Na ok. 5km przed rondem zaczął się
robić mega korek, zjeżdżali kolarze, autobusy, samochody, wszystko stało, a my szliśmy
w dół. Już przed samym miastem zobaczyłam w samochodzie Sky pana Marka
Sawickiego. Trochę porozmawialiśmy, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Bo ja
schodziłam w dół a oni co chwilę do mnie dojeżdżali samochodem, a na konieć
rzucił mi czapeczkę Sky. No moja radość była nie do opisania, biegłam szybko w
dół do Roberta, który miał poszukać dla nas transportu do miasta, mimo, że nogi
mnie strasznie bolały i tego dnia zrobiliśmy ponad 40km to musiałam mu pokazać
co dostałam.
Czekamy na zawodników
Dzielny wierny kibic
Nairo i Ania
Bora hansgrohe
Całe szczęście udało nam się szybko załapać autobus do
miasta i mega głodni poszliśmy do jakiejś pobliskiej kanjpki na kolację. Ja
wzięłam paella ze wszystkim tj owocami morza, kurczakiem, warzywami full opcja.
Robert lokalną sałatkę i frytki, bo znowu kelnerzy słabo po angielsku, karta
niby po angielsku była, ale nie do końca, więc wzięliśmy to co się nam wydawało
w miarę ok. Moje danie było super, chociaż zdzwoniło mnie, że mięso było razem
z kośćmi, za to Roberta sałatka była z lokalną wędliną i małą ilością warzyw,
więc chyba już te frytki były lepszą opcją. Po całym dniu emocji padliśmy w
naszym brzydkim hotelu.
Moja kolacja
Rano szybkie śniadanie, ostatnie zakupy i poszliśmy na
miasto zobaczyć czy rozkłada się w centrum kolumna reklamowa. Tego dnia po
południu mieliśmy wracać do Tuluzy a następnego dnia o 7 rano mieliśmy samolot
do Berlina.
Miasteczko wyścigu budzi się do życia i robi się gorąco
Kolumna reklamowa i miasteczko wyścigu dopiero się
rozkładało, więc poszliśmy na drugie śniadanie, które było o niebo lepsze niż nasze
hotelowe, sok ze świeżych pomarańczy, rogaliki, niebo w gębie. Niestety dla
naszych niedopasowanych strojów znowu zaczynało robić się gorąco. Udało nam dogadać się w hotelu, że zostawimy
samochód dłużej na parkingu, ale wymeldujemy się o czasie, plan był taki, żeby
po starcie wyścigu o 13 pojechać na premię górską autobusem i potem wracać już
do Tuluzy.
Miasteczko wyścigu
Carrefour – jeden ze sponsorów
Tour of Yorkshire – kolejny na liście
Miasteczko wyścigu w samym centrum miasta było naprawdę fajnie
zorganizowane. Dostaliśmy koszulki, gadżety, można było spróbować lokalnych
produktów, wygrać cos w konkursie – wygrałam puszkę oliwek. Robert kupił
czapeczkę kolarską z Andory u pani która przyjechała z Włoch i się okazało, że
widzieliśmy się na innych włoskich wyścigach.
Po jakimś czasie zaczęły się zjeżdżać autobusy z zawodnikami. Jak zwykle
mieliśmy plan, jako, że nie miałam jeszcze zdjęcia z Kwiato, mimo, że tyle razy
widziałam go na wyścigach, zaplanowaliśmy to sobie logistycznie w taki sposób,
że ja stroję pod autobusem Sky a Robert się rozgląda z innymi zawodnikami.
Oczywiści kto zna moje zdolności do przepychania się, wie, że po chwili stałam
pod samymi drzwiami autobusu Sky. Czekając tak godzinę, poznałam parę, która
przyjechała z Gdańska. Byli akurat na wakacjach w Andorze i przyszli obejrzeć
wyścig. Później poznałam 3 nowych kolegów, jeden mieszka na Śląsku i dwóch pod
Toruniem, ale wszyscy pracują w Barcelonie i po raz kolejny przyjechali na etap
do Andory, też czekali na Kwiato.
Ja z Michałem a w tle kolega z Barcelony / Torunia
Egan Bernal również jest bardzo sympatyczny
W końcu się doczekałam, mam swoje upragnione zdjęcie, Michał
jak zwykle skupiony ale miły. Robert od pana Marka dostał koszulkę Sky, nie
ważne, że za duża o 3 rozmiary. Później przenieśliśmy się z naszymi nowymi
znajomymi pod autobus Bory. Peter Sagan przyjechał swoim kamperem i to na niego
wszyscy czekali. Znowu udało się przepchnąć do przodu i stałam obok Rafała
Majki, który właśnie się rozgrzewał. Rafał jest bardzo bezpośredni, od razu
powiedział, co i jak odbyło się na poprzednim etapie i że był zły. Potem się śmialiśmy,
że wszyscy atakują Petera, a my przynajmniej możemy sobie spokojnie
porozmawiać, zrobić zdjęcie itp. Chłopaki pojechali na start a my ustawiać się
w odpowiednim miejscu do robienia zdjęć. W międzyczasie udało mi się zrobić
jeszcze jedno zdjęcie na którym mi zależało, z tasmańczykiem Richie Porte.
Pogaduchy z Rafałem
Zdjęcie z flagą musi być
Ritchie Porte ajjj
Pojechali, my przepakowaliśmy samochód na miejski parking i
poszliśmy na autobus. Czekamy i czekamy i czekamy a autobusu nie ma. W Andorze
na przystankach nie ma rozkładów, w Internecie, którego też nie mamy, nie było
rozkładu. Ludzi na ulicach mało, w końcu to niedziele. Zaczepiłam jakaś panią,
która nic nie mówiła po angielsku, ale po 10 minutach rozmowy dumna przyszłam
oznajmić Robertowi, że autobusy w niedzielę jeżdżą co pół godziny, a ze dzisiaj
jest wyścig to nie jeżdżą w ogóle. Cały nasz plan legł w gruzach. Wsiedliśmy w
samochód i stwierdziliśmy, że spróbujemy pojechać na premię górską. Niestety
droga była już zamknięta więc pojechaliśmy do odkrytego dzień wcześniej sklepu
rowerowego. Chłopaki oglądali w sklepie na telewizorach wyścig, więc zrobiliśmy
zakupy i obejrzeliśmy z nimi kawałek. Chcieliśmy później w Satna Julia w
jakiejś knajpce obejrzeć wyścig do końca, niestety większość z miejsc wyglądała
jak nasz hotel więc stwierdziliśmy, że wracamy.
Kolumna reklamowa
To była dobra decyzja bo przez wyścig był ogromny korek żeby
wyjechać z Andory. Po półtorej godzinie dojechaliśmy do granicy, zatankowaliśmy
auto, z trudem kupiliśmy bilet do tunelu. Chciałam kupić w kasie samoobsługowej
ale się okazało, że automat nie przyjmuje mojej karty, więc zrobił się za mną
korek a jak musiałam się jakoś cofnąć, żeby podjechać do innej kasy. W końcu
jak zjechaliśmy z przełęczy zaczynało się robić szaro, ale postanowiliśmy się zatrzymać
na kolacje już we Francji. Przy drodze dwa dni wcześniej widzieliśmy fajną
knajpkę Le Bonnanza – https://www.bar-restaurant-bonnanza.fr/
Byliśmy już bardzo głodni i zmęczeni a do Tuluzy jeszcze 100km autostradą. Obok
Bonnanzy jest jeszcze jedna restauracja, chyba meksykańska, ale woleliśmy nie ryzykować.
W Bonnanzie sporo ludzi, mili właściciele, tylko wifi nie działa, karta jest
tylko po francusku a właściciele mówią tylko po francusku albo po hiszpańsku.
Bardzo się starałam z nimi porozumieć, dowiedziała się że mają pstrąga, ale i
tak wzięliśmy burgera z frytkami i sałatką, bo to zrozumiałam na 100%. Była
bardzo dobre.
Po 19 ruszyliśmy do Tuluzy, zrobiło się już ciemno, miałam stracha, bo
dosłownie chwilę przed nami, na autostradzie inny samochód uderzył sarnę, a my
takim małym samochodzikiem. Całe szczęście udało się dojechać szczęśliwie, w
centrum handlowym zatankowaliśmy samochód, co prawda miałam mały problem żeby
wjechać na parking wypożyczalni, próbowałam wjechać na parking dla taksówek a
później musiałam wyjeżdżać spod lotniska pod prąd. Dobrze, ze już było późno i
nikt nie jeździ, aż w końcu udało mi się odnaleźć wjazd na parking wypożyczalni
i mogliśmy pójść do hotelu.
Liczyłam na różową czapeczkę od Education First ale został tylko smok
Hotel przy lotnisku zarezerwowałam najtańszy za jakieś 20
euro. Niestety nie było tam recepcji i trzeba było w automacie samemu wpisać
numer rezerwacji i drukowała się karta do pokoju. Jak to dobrze, że
wydrukowałam potwierdzenie z numerem rezerwacji, bo inaczej byłby problem bez
tego Internetu ! W pokoju hotelowym wypiliśmy jeszcze nasze mini wino kupione w
Andorze i zaczęła się akcja pakowania plecaków. Jako, że w samochodzie mieliśmy
wszystkie gadżety itp. poupychane w reklamówkach, teraz trzeba to było jakoś
zmieścić do naszych małych plecaków.
Do dzisiaj nie wiem jak nam się to udało, ale się udało.
Rower Mistrza Polski
O 6 rano czekaliśmy już na odprawę, niestety musiałam
wyrzucić moje wygrane oliwki. Byliśmy tak padnięcie, że cała lot przespaliśmy.
Z Berlina busem staliśmy ponad godzinę w korku, ale przynajmniej udało się
zaliczyć kolejną drzemkę.
Jednak byłam w telewizji
Kolejny spontaniczny wjazd, kolejne ciekawe doświadczenie,
Andora to piękne miejsce. Na pewno tam wrócimy i to szybciej niż nam się wydaje
Od momentu
jak zaczęłam chorować, znacznie większą uwagą zwracałam na to co jem. Pierwszym
przełomem w moim życiu było zastosowanie protokołu autoimmunologicznego – a co
tam, poszłam z grubej rury. Skoro brałam leki, wyniki miałam dobrze, a czułam
się dalej fatalnie, więc postanowiłam, że muszę coś zmienić. I to właśnie
zmiana sposobu odżywania dała mi najwięcej.
Za słodyczami nie przepadam, ale czasem każdy chciałby zjeść coś dobrego. Tak samo jak za słodyczami – nie przepadam za owsianką. I ogólnie miałam spory problem ze śniadaniami jak wróciłam do „normalnego” jedzenia.
Ostatnio zebrałam kilka moich przepisów na śniadania i słodycze w zupełnie nowej formie. Oto kilka z nich.
Owsianka w formie gofrów – ulubione śniadanie mojego męża.
Jak kupiliśmy gofrownicę, był do niej dołączony przepis, więc zmodyfikowałam go lekko na własne potrzeby. Od tej pory nie potrafię zjeść zwykłego gofra, może dlatego, że jest dla mnie za słodki
2 jajka
1.5 łyżki miodu
0.5 łyżeczki wanilii lub cukru z prawdziwą wanilią
1 szklanka wody gazowanej
2/3 szklanki mleka roślinnego
¼ szklanki oleju kokosowego
¾ szklanki mąki owsianej
¼ szklanki mąki ryżowej lub z tapioki
½ łyżeczki proszku do pieczenia
1 garść otrębów owsianych lub jaglanych lub jakie się ma w domu
½ szklanki namoczonych płatków owsianych lub innych – ja używam owsiane bezglutenowe
1 garść wiórków kokosowych (jak nie mam to daje mielone migdały lub podobne)
Jajka utrzeć z miodem i wanilią. Można miksować lub po prostu dobrze wymieszać wszystkie składniki. Najpierw do jajek dodaję wodę i mleko, a później wszystkie sypie produkty. Czasem zapomnę rozpuścić oleju, więc dodaję pół łyżki nierozpuszczonego. Warto pamiętać, że ciasto jest trochę gęstsze niż normalne na gofry. Gorącą gofrownicę smaruję olejem kokosowym i na to kładę masę owsiankowo-gofrową. Nigdy nie kładę pełnej porcji, ponieważ ciasto jest gęstsze i może wypływać. Jedną porcję robi się ok. 3-4 min. Przepis starcza na ok. 8 gofrów. Można podawać z owocami jakie się lubi lub bez 🙂 Czasem robię wersję kakaową – wtedy do masy dodaję 1 czubatą łyżkę naturalnego kakao.
Na ten przepis natknęłam się w drugiej książce Hannah Grant – https://www.hannahgrant.com/ – którą kupiłam po jej wykładzie na kongresie kolarskim w Sopocie. Hannah była wtedy szefem kuchni w Tinkoff Saxo i gotowała podczas Tour de France. Jej przepisy są na prawdę banalnie proste, dlatego tak je lubię.
3 dojrzałe banany
4 jajka
80 gr otrębów owsianych
szczypta cynamonu
owoce
syrop klonowy
Płatki owsiane zmieliłam blenderem na mąkę (można dodać po prostu mąkę owsianą jak komuś się nie chce, ale wiadomo, otręby są mniej przetworzone). Banany rozgnieść widelcem w misce, wrzucić do nich mąkę cynamon i wbić jajka. Wszystko wymieszać widelcem na jednolitą masę. Smażyć na oleju kokosowym – mniej się dymi. Owoce i syrop klonowy do dekoracji. Z przepisu wychodzi ok. 10-12 placów.
Placuszki ryżowo – kokosowe z waniliowo-cytrynowym sosem – czyli śniadanie z „resztek”
Kolejny przepis Hannah, który bardzo lubię, bo można wykorzystać do niego resztki 😉 reszki ryżu z obiadu z poprzedniego dnia, przekrojoną cytrynę, resztki jogurtu.
250 gr ugotowanego ryżu
1 banan
2 jajka
50gr mąki kokosowej – ja daję wiórki jak nie mam mąki
szczypta soli
szczypta cynamonu
20gr jogurtu greckiego albo kokosowego
1 cytryna lub 2 limonki lub pomarańcza – co macie
wanilia lub Ekstrakt naturalny Wanilia Bourbon
łyżeczka miodu
W dużej misce ugnieść banana i dobrze wymieszać z ryżem, jajkami, mąką kokosową (lub wiórkami) solą i cynamonem. Smażyć placki na średnio rozgrzanej patelni. Jogurt wymieszać z sokiem z cytryny (limonek lub pomarańczy), wanilią i miodem. Można podawać z owocami jakie się lubi lub bez J i posypać wiórkami kokosowymi. Z przepisu wychodzi ok. 8 placów
Kaiserschmarrn. Austriacki omlet cesarski.
Niby deser,
ale czasem robimy na śniadanie. Za pierwszym razem jak byliśmy w Austrii to nie
mogłam się nauczyć tego wypowiadać i w końcu musiałam zjeść naleśnika 😉
2 jajka
1/2 szklanki mąki owsianej
1/2 szklanki mleka roślinnego
2 łyżki miodu
garść namoczonych rodzynek
szczypta soli
cukier puder do posypania – ja daję cukier puder trzcinowy
powidła śliwkowe
Oddzielić białka od żółtek i białka ubić z solą. W osobnej misce utrzeć jajka z miodem. Kolejno dodawać mleko i mąkę. Na koniec do masy dodać białka i delikatnie wymieszać na jednolitą masę. Smażyć jak omlet, z obu stron. Ja smażę – jak prawie wszystko, na oleju kokosowym. Jeżeli w trakcie przekładania omlet się „uszkodzi” to nic, bo na koniec trzeba go pokroić na mniejsze części używając drewnianej lub teflonowej łopatki. Kawałki omleta posypać cukrem pudrem i jeść z powidłami. Przepis na 2 omlety.
Trochę inne kokosanki.
Robię te ciasteczka jak zostają mi powidła śliwkowe np. po Kaiserschmarrnie 🙂 Tak naprawdę są to ciasteczka z kleiku ryżowego, ale moja zmodyfikowana wersja. Można też zrobić wersję bez jajek
1 paczka kleiku ryżowego bezsmakowego -190gr
3 jajka
250 g masła klarowanego, w temperaturze pokojowej lub 200gr oleju kokosowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ szklanki cukru trzcinowego drobnego lub cukru kokosowego
wanilia lub ekstrakt z wanilii (nie jest to konieczne)
4 łyżki wiórków kokosowych
powidła śliwkowe
Utrzeć z mikserze cukier, wanilię i masło na jednolitą masę, potem dodawać stopniowo kleik ryżowy jajka i wiórki. Uformować na blaszce kulki z ciasta, można zrobić dziurkę na drzem, ale nie jest to konieczne. Na każde ciastko nałożyć pół łyżeczki powideł. Piec prze 15-20 minut w piekarniku nagrzanym do 170 stopni. Można zrobić też wersję czekoladową – dodając do ciasta półtorej łyżki naturalnego kakao. Ciastka są chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku do tego śliwki dają fajny kwaśny smak.